wtorek, 22 października 2013

Rozdział 5 - Sen

Była godzina 22:05. Moje oczy były zmęczone jak nigdy. Miałam wrażenie, że usnę na siedząco.
Siedziałam na łóżku obok Sama. Oglądaliśmy telewizor.
-Cassie, prawda?-zapytał po chwili brunet, patrząc na mnie swoimi zielonymi oczami.
-We własnej osobie... Ty jesteś Sam...
-Dokładnie. Jakby powiedział Dean "Chodząca encyklopedia dziwności".
-Serio? Czemu?
-Bo wiem trochę za dużo o zjawiskach nadprzyrodzonych. Pewnie cę wtajemniczył?
-Tak... Ale wciąż nie mogę uwierzyć, że stwory których zawsze się bałam, istnieją mimo przekonań moich rodziców, że tak na prawdę to tylko moja wyobraźnia.
-Na początku też nie wierzyłem, ale...
-Ale co?
-Nasi rodzice zginęli podobnie jak twoi. Też w lesie. Też spłonęli. Tym razem jesteśmy z Deanem bardzo blisko rozwiązania tej zagadki.
-Myślisz, że co to mogło być?-zapytałam zaciekawiona.
-Nie mam bladego pojęcia. Ale ważne jest to, że może niedługo to coś pokonamy...
Nagle Sam wybuchnął śmiechem.
-Z czego się śmiejesz?-spytałam.
-Odwróć się.-odpowiedział Sam.
Odwróciłam się i ujrzałam Deana stojącego przy szafie w ręczniku na głowie, koszulce i szortach.
-Wow, Dean. Nie wiedziałam, że jesteś kobietą...-szepnęłam tak by usłyszał to tylko Sam, lecz niestety, po tych słowach Dean momentalnie się odwrócił i popatrzył na mnie z rezygnacją.
-A ja ci pożyczyłem koszulę...
-Oj no przepraszam... I tak jesteś niesamowicie przystojny...-powiedziałam i zaczęłam patrzeć na niego jak jakaś psychopatka.
Obcisła koszulka podkreślała jego mięśnie. Był niesamowicie przystojny.
Nagle Dean podszedł do Sama.
-Chodź pogadać, Sammy.-powiedział.
-Po co?
-Muszę ci coś powiedzieć.
Sam wstał z łóżka i wraz z Deanem wyszedł z pokoju.
Postanowiłam położyć się spać.
Wygodnie ułożyłam się na łóżku i przykryłam się kołdrą.
Momentalnie zasnęłam myśląc o tym jaki Dean jest przystojny...

***

-Stary, od kiedy boisz się spać w jednym łóżku z dziewczyną?-zapytał zdziwiony Sam.
-Od teraz. Jeśli się nie zgodzisz, to...
-To co? Dean nie boję się ciebie. Już nie jestem ten sam mały Sammy, który był bratu na każde zawołanie. Dobrze wiesz, że zbliża się apokalipsa. Dlatego też się zmieniłem. I nie... Nie będę spał z Cassie w jednym łóżku. Widzę, że coś do niej czujesz, a wiesz, że nie lubię gdy jesteś zazdrosny.
-Co ma Armagedon do spania z Cassie? Przecież nie musicie od razu uprawiać seksu!
-Dean!-krzyknął Sam.
-Przepraszam. Ale proszę. Albo jak nie to zrobimy tak, ty będziesz spał na kanapie, a ja na podłodze, co?
-Zaraz, zaraz... Coś tu nie gra od samego początku.
Przełknąłem głośno ślinę.
-Coś do niej czujesz, tak? Nie wierze! Zakochałeś się w niej. Po raz pierwszy się w kimś zakochałeś.
-Wcale nie...Po prostu...
-Po prostu się w niej zakochałeś...
-Nie odzywaj się babo, która boi się klaunów i pornosów.-powiedziałem wkurzony.
-Nie odzywaj się dupku, który boi się latania samolotami.-odpowiedział i wszedł do pokoju.
Wszedłem zaraz za nim.
Cassie smacznie spała. Podszedłem do łóżka na którym leżała i wziąłem jedną poduszkę.
Położyłem ją na podłodze i usiadłem na dywanie.
-Jesteś głupkiem, Sammy.-szepnąłem.
-Ja przynajmniej potrafię przyznać się do tego co czuję...
Westchnąłem. Z niechęcią musiałem przyznać bratu rację... Coś do niej czułem. Darzyłem ją uczuciem, którego doświadczyłem tylko raz w moim życiu.
Ale przecież łowcy nie mogą pozwolić sobie na miłość...

***

Przebudziłam się. Leżałam na zimnej i twardej posadzce. Powoli się podniosłam i zaczęłam rozglądać się wokoło. Znajdowałam się w zupełnie obcym mi miejscu. Nie miałam pojęcia jakim sposobem tam trafiłam ani po co...
Nagle ujrzałam stojącego w rogu bruneta w kremowym płaszczu do kolan. Opierał się o ścianę. Zaczęłam iść w jego stronę. Gdy byłam pół metra od niego, nagle otworzył oczy i chrząknął.
-W końcu wstałaś. Ja i moi bracia powoli wpadaliśmy w niepokój o ciebie.-powiedział i poprawił krawat.
Wyglądał jak zwykły facet, ale było w nim coś nadzwyczaj niepokojącego.
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? Gdzie Dean i Sam?-zapytałam lekko przerażona.
-Spokojnie Cassandro. Nic ci nie zrobię w przeciwieństwie do tych wszystkich demonów polujących na twoją duszę...
-Kim jesteś?-spytałam po chwili namysłu.
-Castiel.-odpowiedział lakonicznie i znów poprawił krawat.
Zaczęłam uważniej rozglądać się po pomieszczeniu.
Obok mnie stał stół, a na nim jakieś dziwne narzędzia, sztylety, noże...
Chwyciłam jeden z nich i z rozmachem rzuciłam w mężczyznę.
Sztylet wbił się w jego klatkę piersiową. Popatrzył na mnie z wyrzutem i szybko go wyjął.
-Auć.-szepnął pod nosem...-Całkiem nieźle jak na pierwszy rzut sztyletem z dwóch metrów... Ale mogło być lepiej.
-Jesteś demonem? Tak jak inni?
-Nie. Tylko wy, ludzie i pół anioły jesteście podatni na opętania.
-Co?
-Tylko wy, ludzie i...
-Słyszałam... Kim ty do cholery jasnej jesteś?
-Jestem Aniołem Pańskim...
-Anioły nie ist...
-Wierzysz w Boga, a w anioły nie?-zapytał patrząc na mnie swoimi błękitnymi oczami. Momentalnie spuściłam wzrok.
-Gdyby anioły istniały, to nie dopuściłyby do śmierci moich rodziców.
-Myślisz, że Aniołowie stają po stronie buntowników? Twoja matka nic ci nie powiedziała?
-O czym miała mi powiedzieć?
-O swojej burzliwej przeszłości.
Podniosłam głowę i przyjrzałam się mu uważnie.
-Co ty możesz wiedzieć o mojej mamie?-zapytałam wkurzona.
-Wiem wystarczająco dużo...
-A więc mnie oświeć. Co takiego ukrywali moi rodzice?
-Poprawka. Co ukrywała twoja matka. Była aniołem. Upadłym, ale nadal aniołem...-powiedział facet.
-Co?-zapytałam.
-Upadła z nieba, jak widać założyła rodzinę, nie informując o swojej przeszłości męża i trójki dzieci.
-Czyli, że niby była aniołem? Dlaczego mam ci wierzyć? Dlaczego mam wierzyć wytworowi mojej wyobraźni?
-Wątpię by twoja wyobraźnia mogła to wszystko stworzyć. Wiesz o co mi chodzi. Mnie, garaż w waszym starym domu w Kansas...
-Co?-spytałam coraz bardziej zdezorientowana.
-A więc twoi rodzice na prawdę tak was okłamywali? Niech zgadnę. Myślisz, że urodziłaś się w Chicago, prawda?
-Myślę tak, bo to prawda.
-A więc to sprawdź. Znajdź swój prawdziwy akt urodzenia, a może wtedy mi uwierzysz.-powiedział i gdy już chciał wyjść, powiedziałam:
-Wytłumacz mi wszystko od początku.
-Czemu? Myślałem, że jestem tylko wytworem twojej wyobraźni.
-Mogę się mimo wszystko mylić, prawda?
-Owszem. Co chcesz wiedzieć?
-Jak moja mama stała się człowiekiem jeśli to co mówisz jest prawdą.
-Każdy anioł musi mieć naczynie. Ja na przykład wybrałem sobie...-zrobił małą przerwę w zdaniu.-Jimmy'ego Novaka.
-A moja mama?
-Nie potrzebowała go. Jako upadły anioł sprawiła, że twoja babcia zaszła w ciążę. Nazywała ją swoim małym cudem, prawda?-zapytał patrząc na mnie swoimi oczami.
-Czasami... A czemu anioły muszą przebywać w czyimś ciele?
-Bo nie mają swojego. Nasze prawdziwe głosy sprawiają, że ludzie tracą słuch, a widok naszych prawdziwych oblicz sprawia, że ludziom się wypalają oczy.
-Anioły to okrutne istoty.
-Nie mów tak. Ja i moi bracia jesteśmy wojownikami bożymi. Nie możemy być okrutni. Gdybyśmy tacy byli, to bylibyśmy jak Lucyfer, ale wszyscy dobrze wiemy, że został strącony do piekieł i z archanioła stał się diabłem.
-Wow... Chciałam dowiedzieć się tylko tego, w czyim ciele była moja mama, a rozmowa doszła aż do tematów satanistycznych.
-Nie rozumiem. Chciałaś prawdy.
-Prawdy o swojej rodzinie, nie o diable!-krzyknęłam.
Coraz bardziej byłam wkurzona.-Może udowodnisz, że jesteś aniołem?
-Jak?-zapytał zaskoczony.
-Skrzydła?
-A... Rozumiem.-powiedział i nagle z lamp nad nim zaczęły wydobywać się chmary iskier. Podszedł bliżej mnie i nagle za nim ukazały się skrzydła czarne jak noc.
Zaczął głęboko oddychać, tak że jego skrzydła poruszały się powoli wraz z wdechami i wydechami powietrza.
-Teraz mi wierzysz? Przynajmniej w małym stopniu?-zapytał patrząc na mnie uważniej niż przedtem.
Wiedziałam,że miałam przerażoną minę. Prawdopodobnie uznał mnie za wariatkę lub kogoś w tym stylu.
-Może...-odpowiedziałam.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Uśmiech, który podkreślił błękit jego oczu.
-Castiel, tak?-zapytałam odważnie i usiadłam na zimnym betonie.
-Tak.-odpowiedział spokojnie i usiadł obok mnie.
-Czym ja jestem? To znaczy... Ja też jestem aniołem?
Z lamp nad nami znów zaczęły radośnie skakać iskry.
-Jesteś półaniołem. I odpowiem od razu na następne twoje pytanie. Oznacza to, że masz kilka... umiejętności których nie mają zwykli ludzie. Płynie w tobie anielska krew. Widać to nawet po twoim wyglądzie. Jesteś drobna, ładna, se...-popatrzyłam na niego podejrzliwym wzrokiem.-Mam na myśli, że jesteś dosyć niezwykła. Nic więcej. Anioły nie mogą czuć pożądania czy miłości do płci przeciwnej. To wbrew bożym zasadom.
-A czy zasady nie są "Jak w Niebie, tak i na Ziemi"?-zapytałam patrząc na niego.
Wydawał mi się taki ludzki jak na anioła.
-Racja, ale nie pod tym względem. Bóg stworzył ludzi do panowania nad Światem i reprodukcji, Aniołów zaś do wyższych celów.
-Aha... Czyli jesteście tylko bezpłodnymi cieciami?-zapytałam z nadzieją, że nie zrozumie tego co powiedziałam.
-Nie jestem pewien co słowo "cieć" oznacza ale sugeruję, że to obelga typu "pedał". Często słyszę jak ludzie nazywają mnie i moich braci Bożymi pedałami. Lub... Dziwkarzami co też nie wiem co oznacza.
-Uwierz mi... Nie chcesz wiedzieć...-szepnęłam.
Na zewnątrz rozpętała się burza. Słyszałam silne grzmoty w oddali. Przez okno raz na jakiś czas wpadały rozbłyski światła piorunów.
-Bardzo chcę wiedzieć co to oznacza. Uwierz mi.-odpowiedział i się uroczo uśmiechnął.
-Proszę. Nie każ mi tłumaczyć co znaczy pojęcie "chodzenia na dziwki"...Mam do ciebie jeszcze jedno, ostatnie pytanie.
-Byle szybko, bo kończy nam się czas na tą miłą pogawędkę podczas której próbowałaś mnie zabić.
-Jeśli moja mama była upadłym aniołem, to jak zaszła w ciążę?
-Upadłe anioły mogą się rozmnażać. Najwidoczniej...-powiedział i wstał z zimnej ziemi.
Wstałam zaraz za aniołem.
-Do zobaczenia, Cassandro.-szepnął i pstryknął palcami, po czym wszystko zniknęło.
A dokładniej wszystko zaczęło się rozpływać jak w jakimś śnie, który się kończył.
Słyszałam w oddali jakiś niski głos wołający moje imię...
Nie wiedziałam skąd dochodzi i do kogo należy... Pochłonęła mnie nicość...
__________________________________________________________________________
Rozdział krótki no ale tak planowałam :D
Podoba się?? :D
Piszcie komentarze oczywiście xD
Tylko szczere! Jak coś się wam nie podoba to walcie śmiało xD Myślę, że te wasze uwagi mnie coraz bardziej motywują :*
Podoba wam się to co wymyśliłam z Cassie?? ;3

A tak wgl dla tych co nie wiedzą!
Moje opowiadanie po części opiera się na SUPERNATURAL! Ale to tylko po części xD
Tak bohaterowie, te wszystkie anioły, większość wizerunków xD
No ale fabuła moja :3

Castiel, Castiel, Castiel! :D musiałam go umieścić *.*
I mam co do niego wielkie plany :* ale to jeszcze bardzo daleko :D
Nie mam jak dodać wam zdjęć i gifów, bo mam zawirusowany komputer i gdy wchodzę na bloggera lub na edycję rozdziału to wyskakują mi jakieś debilne reklamy tam, gdzie jest opcja dodawania zdjęć :/
Nie wiem kiedy w najbliższym czasie dodam jakiegoś gifa lub przynajmniej jakieś zdjęcie :(
Rozdział też edytowany jest na telefonie, bo po prostu się nie da ;-; nie chce mi wejść na facebook'a, a co dopiero na bloggera :'(
Oczywiście rozdziały będą dodawane co około dwa tygodnie, tylko będą bez gifów, bo na telefonie nawet nie mam opcji dodawania zdjęć :/ A jak mi się jednak uda coś wkleić to pod koniec notatki może zobaczycie jak wygląda Castiel :3

Obym tylko nie straciła weny :-:
Ale ostatnio mam wenę, tylko nie mam czasu na pisanie i przepisywanie o.O
Co to będzie xD
Ale dobra xD już kończę xD
Komentujcie jak zwykle i chcę wam jeszcze podziękować za te wszystkie motywujące komenty ;*
Kocham was, wy moi czytelnicy :*
A co do bloga o Klaroline, to nie piszę już na nim xD kompletny brak weny >.< nie to co tu :3
A wiem też, że wiele anonimów uważa, że tu piszę lepiej niż na poprzednich blogach xD
Wiecie czemu? Bo tutaj się bardziej wczuwam w opowiadanie :3
Komentujcie a ja tymczasem lecę pisać szósty rozdział :*
Kocham was :*

niedziela, 13 października 2013

Rozdział 4 - Demon? Tak jasne, to wszystko tłumaczy...

Otworzyłam oczy.
Wzięłam głęboki wdech i dotknęłam czoła. Miałam na nim dużego guza. Dobrze pamiętałam wszystko co się stało... Oprócz tego jak znalazłam się na łóżku owinięta kocem i ręcznikiem. Cała byłam pokryta częściowo zaschniętą krwią.
Powoli o własnych siłach wstałam z łóżka i podeszłam do komody by wyjąć z niej jakieś ciuchy. Musiałam szybko wziąć prysznic.
Od kiedy pamiętam brzydziłam się krwi... A teraz cała byłam nią pokryta...
Wzięłam białą koszulkę na ramiączkach i czarne rurki. Z następnej szuflady wyjęłam biały stanik i majtki do kompletu.
Szybko się odwróciłam i dopiero teraz zauważyłam bruneta leżącego na ziemi. Spał.
Nachyliłam się nad nim i ujrzałam jego twarz. Jared... czy jak mu tam było. Spał twardym snem, tak jakby nigdy nic... Nie zwracając na niego uwagi wyszłam z pokoju wprost na korytarz. Skierowałam się do pokoju Kevina. Weszłam do jego łazienki.
Było tam czysto jak na Keva. Może przed przeprowadzką do babci postanowił posprzątać w swoim pokoju? Albo... Albo coś zgubił i musiał posprzątać, by to coś znaleźć... Ta druga wersja była bardziej realna niż ta pierwsza. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. W głębi serca miałam nadzieję, że to przykre doświadczenie z krwią się nie powtórzy. Nie mogło się powtórzyć...
Dokładnie się umyłam spłukując z ciała całą krew. Wyszłam spod prysznica i wzięłam z szafki ręcznik. Mój ręcznik... Co mój ręcznik robił w łazience Kevina? Postanowiłam nad tym nie myśleć. Ubrałam się w przygotowane ciuchy i stanęłam przed lustrem. Zaczęłam czesać swoje blond włosy. Zamknęłam oczy i nagle poczułam czyjeś ręce na mojej talii. Momentalnie się odwróciłam i ujrzałam mojego wujka którego oczy były czarne jak heban. Krzyknęłam przerażona.
-Cii. Cassandro nie skrzywdzę cię jeśli będziesz cicho...-szepnął zatykajac mi usta.
-Nie jesteś George'm. A więc kim?-zapytałam odsuwając jego rękę.
-To kim lub czym jestem nie ma tu znaczenia. Ważne jest tylko to, że mam wobec ciebie wielkie plany...
-Co to wszystko ma znaczyć? Co zrobiłeś z moim wujkiem?
-Użyczyłem sobie jego ciała na jakiś czas. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.-powiedział i nagle jego oczy wróciły do normalności.
Przełknęłam głośno ślinę. Nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa.
-Chcesz wiedzieć co ja i inni tacy jak ja planują wobec ciebie?-zapytał.
Popatrzyłam na niego.
-Chcę...
-Każdy demon jakiego znam chce się schwytać... Widzą w tobie zagrożenie... To dlatego zginęli twoi rodzice... Jak dla mnie... Jesteś tak niebezpieczna jak mały, zbłąkany szczeniak...
-Ale czemu widzą we mnie rywala? Co ja im takiego zrobiłam?
-Nie wiesz? Matka ci nie powiedziała?
-Czego?-spytałam i nagle usłyszałam głos dochodzący z korytarza. Demon upadł na kolana i zaczął się czymś krztusić. Nagle nad nim uniosła się chmura czarnego dymu.
Upadł na ziemię. Nagle usłyszałam jak ktoś głęboko zaczerpnął świerzego powietrza.
-Cassie? Nic ci nie jest?-zapytał mój wujek powoli siadając na płytkach.
-Nie jesteś moim wujkiem...
-Cassie. To ja. Proszę uwierz mi...
-Jesteś demonem. Chcesz mnie zabić. Tak jak wszyscy.
-Nie jestem demonem. Zostałem opętany, ale on już mnie opuścił. Proszę uwierz mi.
Popatrzyłam na niego.
Wierzyłam mu. Nagle drzwi do łazienki się otworzyły.
-Mogłaś umrzeć! Na prawdę jesteś tak głupia?! Ratowałem cię na marne?! Na marne wysłałem tego demona do piekła, co?-zapytał wściekły Jared.
Nie wiem czemu nie mogłam przypomnieć sobie jego prawdziwego imienia.
-Jared, ja...
-JESTEM DEAN, A NIE ŻADEN GŁUPI JARED!-krzyknął i po chwili wziął głęboki oddech.-Idź się spakuj. Ja odwiozę twojego wujka do domu.
Przytaknęłam i wyszłam z łazienki.
Z korytarza słyszałam cichą rozmowę mojego wujka z Deanem.
Weszłam do swojej sypialni i oparłam się o komodę.
W pokoju panowało istne pobojowisko... Ale nie zwracałam uwagi ani na to, ani na to po co miałam się pakować. Po prostu to robiłam.



 ***



Spakowałam wszystko co było mi najpotrzebniejsze.
Zakleiłam plastrem ranę na czole. Zrobiłam na szybko makijaż i związałam włosy w wysokiego kucyka. Nim się zorientowałam była już 20:20.
Ktoś o mnie myślał. Tylko kto? Dean? Byłam tego prawie pewna... W końcu zawoził mojego wujka do domu.
Pomyśleć, że w jeden tydzień straciłam lub prawie straciłam tak dużo swoich bliskich... Ale nie mogłam płakać. Już wystarczająco się dzisiaj wypłakałam. I rano myśląc o rodzicach, i wtedy gdy przyszło mi na myśl to, że gdyby nie Dean, mój wujek już... Nie mogłam tak dłużej.
Musiałam w końcu się pozbierać. Mój płacz nie przywróci nikogo do życia. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-To ja, Dean. Otworzysz?
Podeszłam do nich i przekręciłsm kluczyk. Nacisnęłam klamkę i otworzyłam drzwi.
-Spakowałaś się? Możemy jechać?-zapytał patrząc na mnie.
-Tak. Chyba tak. Ale gdzie jedziemy?
-Do motelu w którym zatrzymaliśmy się z Samem. Tam ci wszystko wytłumaczę. Nie jesteśmy tutaj bezpieczni. Ktoś chce cię dopaść. I ten ktoś nie będzie tak litościwy jak twój "wujek".
Spuściłam wzrok i podniosłam dwie torby, które spakowałam.
-Dzięki Dean. Nie wiem co by się stało gdyby nie ty.

-Nie jesteś zła, że tak się wściekłem?
-Nie... Rozumiem cię. Też bym się tak zachowała.-powiedziałam i się smutno uśmiechnęłam.
-Pewnie tak. Na samą myśl, że gdybym bezmyślnie użył colta przechodzą mnie dreszcze...
-Czemu?
-Ponieważ wtedy zabiłbym George'a. Nie lubię zabijać ludzi...
-A znasz kogoś kto lubi?
-Znałem. Wszyscy już nie żyją.
Westchnęłam. Nigdy nawet nie pomyślałabym o tym, że kiedyś będę rozmawiać o takich rzeczach... A jednak. Kiedyś musiał nastąpić ten pierwszy raz, prawda? I owszem... Nastąpił. Właśnie wtedy. 14 Kwietnia dwa tysiące trzynastego roku. Sześć dni po śmierci moich rodziców.
Czułam jakby coś we mnie pękło. Jakby... Budziła się we mnie wola walki...
-Bierz torbę i chodź za mną.-powiedział i wyszedł.
Wzięłam pamiętnik z toaletki i podniosłam lekką torbę. Drugą, cięższą wziął Dean.
Jeszcze raz obejrzałam się po pokoju.  Popatrzyłam na okno. Zauważyłam na nim ślad damskiej ręki. Podeszłam bliżej i zauważyłam blondynkę z całkiem białymi oczami. Nim się zorientowałam zniknęła.
Czułam jak moje serce bije... Tak jakby miało za chwilę wyskoczyć mi z piersi.
Bałam się. Bałam się, że to wcale nie jest długi koszmar....
Wyjrzałam przez okno. Na zewnątrz nikogo nie było.
Mogłabym przysiąc, że widziałam blondynkę patrzącą na mnie wywróconymi gałkami ocznymi.
Nagle usłyszałam za sobą niski głos Deana.
-Idziesz?
-Tak już, Jared.-powiedziałam z rozpędu.
-Dean.
Popatrzyłam na niego i skierowałam się w jego stronę.
Zeszliśmy po schodach i wyszliśmy na dwór. Nie przejmowałam się wyważonymi drzwiami ani tym co powiedzą sąsiedzi. Liczyło się tylko moje bezpieczeństwo. Moje i moich bliskich.
Żwawym krokiem podeszłam do Chevroleta i otworzyłam drzwi od strony pasażera. Dean wpakował moje torby na tylne siedzenie i w końcu usiadł za kółkiem.
Westchnął i odpalił Impalę.
Z silnika wydobył się cudowny dźwięk.
Ruszyliśmy. Dean włączył kasetę Metallici.
Od razu rozpoznałem tą melodię. Enter Sandman... Spojrzałam ukradkiem na przystojnego dwudziestu trzy latka i się uśmiechnęłam.
Ruch jego ust doskonale współgrał z tekstem piosenki.
Oparłam się o siedzenie i zaczynałam się rozpływać przy dźwięku muzyki...



***



-Budź się, księżniczko!-krzyknąłem i lekko poruszyłem jej ramieniem.
-Jared, nie budź mnie...
-Dean.-poprawiłem dziewczynę.-Tak trudno zapamiętać te cztery litery?
-Gdybyś od razu się tak przedstawił to nie byłoby problemu.-odpowiedziała i leniwie wyszła z samochodu.
-Uważaj na tapicerkę, dopiero co ją...-ostrzegłem Cassandrę.
-Uważam, uważam!
Przewróciłem oczami i wyjąłem jej torby z tylnego siedzenia.
-Pomóc ci nieść bagaże?-zapytała troskliwie osiemnastolatka.
-Litości... Jestem dorosły, silny i przystojny. Myślisz, że nie uniosę jakiś głupich toreb?
-Tak właśnie myślę. Wyglądasz na tchórza.
-To było przykre.-dziewczyna zaczęła się śmiać.-Ja nie żartuję. Na serio zraniłaś moje uczucia, Cassandro. Czuję się tak jakby moje serce pękło z rozpaczy...
 -Jeszcze nigdy nie widziałam tak ironicznego faceta jak ty.-powiedziała i odeszła ode mnie.
Uśmiechnąłem się i poszedłem za nią. Oczywiście wcześniej zamknąłem auto...
Przeszedłem przez drzwi wprost do recepcji.
-Dobry wieczór. Pański narzeczony jest już w pokoju.-powiedziała recepcjonistka.
Zrobiłem przerażoną minę. Popatrzyłem na Cassie.
-Jesteś gejem?-rzuciła mi prosto w twarz.
-Nie. Po prostu mój młodszy brat robi sobie jaja. Lepiej już chodźmy.
Podszedłem do recepcji i poprosiłem o zmianę pokoju na większy. Niestety... był tylko jeden. Z jednym łóżkiem małżeńskim i jedną kanapą.
No cóż... lepsze to niż mieszkanie we troje w pokoju z jednym łóżkiem. Odebrałem kluczyk i poszedłem wraz z Cassie do wyznaczonego pokoju. Gdy weszliśmy do niego od razu ujrzeliśmy panujący tam porządek.
Bezdźwięcznie powiedziałem "Wow" i położyłem torby Cassie na podłodze.
-Idę po Sama, zaczekaj tu i się rozpakuj.-rozkazałem i gdy już miałem wychodzić, dziewczyna mnie zatrzymała.
-Idę z tobą. Chcę poznać twojego brata, który powiedział, że jesteście gejami.
-Okej. Jak sobie chcesz...-powiedziałem i wypuściłem Cassie na korytarz.
Zaraz za nią wyszedłem ja, zamykając drzwi na klucz.
Od razu skierowałem się do dawnego pokoju. Gdy weszliśmy do niego, poczuliśmy słodki zapach dochodzący z łazienki.
-Co Sammy, znów obrabowałeś sklep z cukierkami?-zapytałem ironicznie pukając głośno w drzwi do łazienki.
Nagle drzwi się otworzyły, a w nich ukazał się mój młodszy brat z ręcznikiem owiniętym wokół bioder.

-Dean, nie mówiłeś, że będziesz mieć gości...-powiedział speszony brunet.
-Mała zmiana planów, Sammy. Sam to jest Cassie, Cassie to jest mój młodszy brat Sammy. Podajcie sobie ręce.
-Hej, Cassie. Nie mam jak ci podać ręki, bo jest możliwość tego, że spadnie mi ręcznik.-odpowiedział patrząc na mnie wściekle.
-Nic się nie dzieje. Następnym razem.
-Okej. Dosyć już. Sammy przeniosłem nas do większego pokoju. Spakuj nasze rzeczy i przyjdź do nas. Będziemy na dole.
-Okej. Spakuję nas, ale pozwól, że najpierw się ubiorę. Wątpię by sąsiedzi byliby zachwyceni widząc mnie w samym ręczniku.
-Myślę, że damska część byłaby bardzo zadowolona. A męska miałaby przykład do naśladowania.-powiedziała Cassie ze szczerym uśmiechem na ustach.
-A pomyśleć, że Sammy od dawna naśladuje mnie...-wyszeptałem.
-Nie przeginaj...-odpowiedział Sam i biorąc ciuchy z łóżka, wszedł z powrotem do łazienki.
-On tylko wydaje się być takim zadufanym w sobie kretynem. Nie przejmuj się.-wytłumaczyłem uśmiechając się cwaniacko.
-No tak... Zapomniałam, że ty jesteś skromnym, nieśmiałym romantykiem, który jest prawiczkiem w dodatku.
-Owszem. Zapomniałaś dodać, że rzadko flirtuję i nie oglądam striptizerek.-powiedziałem i się szczerze uśmiechnąłem.
-Jesteś ohydny... Każdy łowca jest takim idiotą?-zapytała.
-Nie... Tylko mój brat.
-Z tego co widzę, Sam jest całkiem inny niż ty. I mogę się założyć, że jest nieśmiały, romantyczny, sprytny, mądry i miły.
-Potrafisz rozgryźć czyjś charakter po wyglądzie? No wiesz. Chodzi mi o to, że jak zobaczysz jakąś część ciała faceta to od razu poznajesz jego charakter?-spytałem zaskoczony.
-Powiedzmy.-odpowiedziała.
-Zademonstrujesz? Jaką część mojego ciała chcesz?
-Jesteś zbokiem!-krzyknęła i mnie mocno szturchnęła.
-Przecież to ty o tym pomyślałaś, nie ja.-powiedziałem i otworzyłem drzwi do pokoju numer pięć.
Cassie przewróciła oczami i weszła do pomieszczenia. Od razu położyła się na kanapie.
-Zajmuję ją.-powiedziała.
-Hola, hola! Nie będę spał z Samem w jednym małżeńskim łóżku! Jeszcze mnie zgwałci!
-Prędzej ty jego...-odpowiedziała i wybuchnęła radosnym śmiechem.
Sprawiłem, że zapomniała o tym wszystkim co spotkało ją w ostatnich dniach...
Byłem cudotwórcą.
Rzuciłem się na łóżko.
-Ha-ha! Bardzo śmieszne, Cassandro.-rzuciłem ironicznie patrząc na blondynkę wylegującą się na kanapie.
-Nie nazywaj mnie tak! Jestem Cassie, ewentualnie Cass przez dwa 's'.-wytłumaczyła.
Uśmiechnąłem się patrząc na sufit.



***



-Dzięki.-powiedziałam uśmiechając się szeroko gdy Dean podał mi gorącą kawę.
-Nie ma sprawy. Miałem ci wytłumaczyć co nieco prawda?-zapytał przystojniak.
-Tak...
-No więc na początku pytanie... Skąd pod prysznicem wzięło się tyle krwi?
-Zaczęła lecieć z natrysku prysznica. Nie wiem jak to możliwe ale...
-Okej... Widziałaś kto cię zaatakował? George mi powiedział, że to nie był demon który go opętał.
-Nie... Nie wiem kto mógł to zrobić. A ty masz jakąś teorię?-spytałam.
-Azazel.-rzucił Dean.
-Co?
-Nie co, ale raczej kto. To jest Demon, który nie wiadomo czemu zabił moich rodziców. Od dawna z Samem podejrzewamy, że zawarli z nim pakt czy coś w tym stylu, ale... Twoi rodzice pewnie tego nie zrobili... Prawda?-zapytał Dean patrząc na mnie swoimi zielonymi oczami.
-Nie mam bladego pojęcia...-odpowiedziałam i zaczęłam pić gorącą kawę.
-Cassie widziałaś coś dziwnego gdy mnie nie było z tobą u ciebie w pokoju?-zapytał po chwili.
Prawie zakrztusiłam się gorącym napojem na samą myśl o kobiecie. Postanowiłam milczeć.
-Cassie?-spytał ponownie i się do mnie przysunął.
-Okej,okej. Widziałam coś! Czy raczej kogoś.-powiedziałam mając dosyć patrzącego na mnie Deana.
-Kogo?
-Kobietę z wywróconymi gałkami ocznymi!
-A więc ona istnieje...-szepnął Dean i wstał z łóżka.
Od razu skierował się do plecaka rzuconego w kącie. Wyjął z niego jakiś dziennik. Zaczął wertować kartka po kartce aż nagle zatrzymał się na jednej stronie i podszedł do mnie i pokazał jakiś rysunek.
-Czy wyglądała tak?-zapytał i pokazał mi blondynkę z całkiem białymi oczami.
Szkic był bardzo dokładny.
-Tak. To właśnie ona. Nie wiesz kim jest?
-Według wizji Sama, to jest Lilith. Ale... No nie wiem. W końcu to tylko głupia wizja...
-Tak...-powiedziałam i westchnęłam.
Wstałam i odłożyłam kubek na stół.
Zaczęłam panicznie poszukiwać czegoś do spania.
-Nie masz piżamy? Pożyczyć ci coś do spania?-zapytał Dean troskliwym głosem.
-Nie... Albo tak. Cokolwiek.-odpowiedziałam składając ręce jak do modlitwy.
-Ciesz się, że Sammy przyniósł moje ciuchy...-powiedział i podszedł do swojej torby.
Wyjął z niej koszulę i mi ją wręczył.
Uśmiechnęłam się do niego i skierowałam się w stronę łazienki. W ostatniej chwili się odwróciłam.
-A wy łowcy w ogóle się czegoś boicie?
-Ja mam tylko lęk przed samolotami... Lecz Sammy...
-Co Sammy?
-Jego największym lękiem są klauny i oglądanie pornoli w sieci.-wytłumaczył robiąc śmieszną minę.
Wybuchnęłam śmiechem.
-No co?-zapytał zdziwiony.
Nie mogłam powstrzymać mojego ataku śmiechu.
Machnęłam ręką z rezygnacją i weszłam do łazienki.
Jeszcze nigdy nie widziałam tak pozytywnie nastawionego faceta...
____________________________________________
Wymęczyłam nexta! :DD Tzn wymęczyłam sprawdzenie nexta, bo napisałam go już dawno ;D No ale jeszcze gify i poprawka :33
Mam tylko nadzieję, że nie przeoczyłam, żadnego nie potrzebnego szeptania :DD
Ostatnio kompletnie nie mam czasu zacząć przepisywać 5 rozdziału -,-' ogólnie mam tylko połowę :DD
Tylko do spotkania nowego bohatera ;/
Wryyy :D Kurde! :D Ta nauka zaczyna mnie wkurzać bo nie mam czasu na pisanie -,-'
Właśnie! Nowe rozdziały będą się pojawiać co około 1,5 tygodnia, bo wiecie jak to jest ze szkołą :/
No to chyba tyle ode mnie :DD
Oczywiście komentujcie i bądźcie cierpliwi, a na pewno będziecie zadowoleni, bo w 5 będzie się sporo działo :DD TZN:Będzie dużo zaskoków i momentów "OMG!" :D
I wprowadzam... A to się dowiecie za około półtorej tygodnia! :D

Oczywiście to co zwykle czyli komentujcie, nie bójcie się, bo nie gryzę :DD
Baju :**

wtorek, 1 października 2013

Rozdział 3 - Kłamstwo

Trzeci dzień z rzędu nie poszłam do szkoły. Nie miałam zamiaru wysłuchiwać tych wszystkich kondolencji... Tego pytania jak jest żyć z myślą, że twoi rodzice są tam gdzieś ale nie wiadomo gdzie.
Miałam dosyć wszystkiego... Nawet telefonów od przyjaciół. Ciągle ktoś dzwonił... głównie cztery osoby. Alice, Vicky, Alex i Tommy. Chciałam z kimś pogadać o tym wszystkim ale nie potrafiłam się do tego zebrać. Zostało mi tylko ignorowanie ich.
Siedziałam na łóżku czytając "Intruza" Stephanie Meyer.
Bardzo lubiłam tą książkę. Mogłam czytać ją na okrągło.
Gdy już miałam przerzucić kartki, usłyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu. Popatrzyłam na ekran. Dzwonił George. Od razu odebrałam.
-Halo?
-Żaden Jared Davis nie pracuje w FBI.-powiedział szybko.
-Dzięki George. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
Nie usłyszałam odpowiedzi. Rozłączył się.
Wujek ostatnio zachowywał się nadzwyczaj dziwnie i tajemniczo. Tak jakby wciąż nie mógł poradzić sobie ze śmiercią swojej siostry lub gdyby coś ukrywał.
Odłożyłam telefon na łóżko. Położyłam się na nim i zaczęłam rozmyślać nad prawdziwą tożsamością "Jareda".
Wiedziałam, że nie będzie mi to dawać spokoju póki nie dowiem się kim tak na prawdę jest.
Postanowiłam jechać na policję. Miałam dziwne przeczucie, że muszę tam być...
Tak jakby miało się tam stać coś ważnego. Wzięłam telefon, włożyłam go do torebki i wyszłam z pokoju.
W domu było tak pusto... Bez rodziców, bez Kevina... Za pusto. Tak jak w tych strasznych domach z horrorów. Zeszłam po schodach i wyszłam z domu zamykając drzwi na klucz.
Poszłam do garażu i wyjęłam z niego swój rower. Wsiadłam na niego i odjechałam w stronę komisariatu policji na którym ostatnio byłam stałym gościem.






                                                                    ***





-Maggie to dla mnie bardzo ważne.Powiedz mi tylko czy ósmego kwietnia był pożar w pobliskim lesie.-powiedziałem patrząc na policjantkę błagalnym wzrokiem.
-Nie jestem upoważniona do przekazywania ci takich informacji.-powiedziała młoda, ruda policjantka.
-A jak wezmę cię na kolację?-zapytałem ruszając zalotnie brwiami.
-To akurat kusząca propozycja. Ale niestety nie mogę, Max.
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niej 200 dolarów. Położyłem je kobiecie na biurku, przygniatając je ręką.
Popatrzyła na mnie brązowymi oczami i powoli zaczęła wysuwać pieniądze spod mojej dłoni.
-Nie było żadnego pożaru. To jest z tego wszystkiego najdziwniejsze. Umarli w wyniku ciężkich oparzeń... Zazwyczaj gdy ludzie umierają z takich powodów, to muszą być w centrum pożaru.
-Pokrzywy je tak potraktowały?-zapytałem ironicznie puszczając pieniądze.
Policjantka włożyła je do kieszeni.
-Raczej nie. Lecz tam gdzie ich znaleziono, na trawie został ślad po ogniu. Tak jakby ogień sam zgasł.
-Może przyleciały ufoludki i ich...
-I ich co?
-Może z nimi tańczyły.-powiedziałem uśmiechając się cwaniacko.
-Z tego co mi wiadomo ufoludki nie istnieją. Tak samo jak duchy czy demony.
Masz bardzo niewiarygodne źródło...-pomyślałem.
-A znaleźliście siarkę na miejscu incydentu?-zapytałem po chwili.
-Co miałaby robić siarka w środku lasu?-spytała policjantka patrząc na mnie błagalnym wzrokiem.
-Nie wiem... Dzięki za informacje. Zadzwonię.-odpowiedziałem i puściłem jej oko.
Jestem niesamowicie dobrym kłamcą...-pomyślałem ponownie i się do siebie uśmiechnąłem.
Podszedłem do drzwi i gdy je otworzyłem ujrzałem śliczną blondynkę.
-Hej Jared.-powiedziała wykrzywiając twarz w fałszywym uśmiechu.
-Ciii.-szepnąłem zamykając jej usta palcem.
-Czemu? Przecież nazywasz się Jared Davis...-powiedziała, a jej uśmiech zniknął z pogodnej twarzy.

 Popatrzyłem na nią z wyrzutem, a gdy miała coś jeszcze powiedzieć, pocałowałem ją prosto w usta.
Najlepsze pocałunki były z zaskoczenia. Wiedziałem to z doświadczenia.
Gdy w końcu odkleiłem się od zdezorientowanej dziewczyny powiedziałem:
-Chodź Melissa. Nie będziemy przeszkadzać funkcjonariuszom.
Pociągnąłem dziewczynę za rękę i wyszedłem z budynku. Gdy byliśmy na zewnątrz, puściłem jej nadzwyczaj zimną rękę.
-Co to miało znaczyć, "Jared"?-zapytała Cassie.
-Ten buziak był dla zmyłki. By w życiu coś osiągnąć, trzeba kłamać, prawda?-spytałem otwierając drzwi od strony pasażera.
-Wsiadasz?-krzyknąłem i usiadłem za kółkiem.
-Jeśli powiesz mi prawdę, to tak.
-Powiem ci w aucie.-odpowiedziałem.
Cassie popatrzyła na mnie swoimi dużymi oczami. Westchnęła i powoli wsiadła do impali.
-Nie wpadło ci do głowy to, że mogę być pedofilem, który zabiera osiemnastolatki w ustronne miejsce i...
-Nie. Jesteś za przystojny na pedofila. Ale zazwyczaj ciacha są durniami i dupkami więc sama nie wiem co o tobie myśleć.
-Nie wiem czy uważać to za komplement czy obrazę...
-Ja bym uważała to za komplement, bo bycie dupkiem nie jest aż tak złe jak bycie pedofilem więc...
-O czym my rozmawiamy?-zapytałem zdezorientowany.
-O pedofilach i dupkach.
Popatrzyłem na nią przerażony.
Uśmiechała się ironicznie.
Jeszcze nigdy nie widziałem tak szczerej laski. I w dodatku tak ładnej...
-Aha.-powiedziałem po chwili milczenia.
-Lepiej powiedz mi prawdę.-na jej twarzy pojawił się poważny wyraz.
-Okej... Jestem Misiem Yogi, który w Nowym Yorku podszywał się pod SpiderMana gdy ten zachorował.-powiedziałem ruszając zalotnie brwiami.
-Jesteś niepoważny.-stwierdziła patrząc na mnie litościwym wzrokiem.-Powiedz prawdę, albo...
-Albo co? Pocałujesz mnie?-zapytałem ironicznie.
-Nie jestem tobą by całować byle napotkaną laskę!
-Takie pocałunki są najlepsze. Chcesz prawdy i tylko prawdy?
-Tak.
-Dobrze. Nazywam się Dean Everdeen i jestem łowcą wszelakich stworów. Mam 23 lata i robię wszystko co w mojej mocy by wyglądać na starszego. W końcu łowca duchów nie może być za młody, prawda? To znaczy mój brat ma 20 lat ale...
-Jesteś stuknięty. Czego ty chcesz ode mnie i mojej rodziny?!
-Niczego szczególnego. Po prostu chcę dowiedzieć się jaki demon zabił ci rodziców i chce strzelić mu *coltem prosto w serce.-powiedziałem lecz nagle poczułem przeszywający ból na prawym policzku.-Za co to było?
-Za te wszystkie bzdury.-odpowiedziała Cassie.
Westchnąłem. Wiedziałem, że mi nie uwierzy... Nikt nie wierzył.
Dziewczyna wysiadła z samochodu. Rzuciła mi ukradkowe, pełne wściekłości spojrzenie, wsiadła na rower i odjechała.
-Mamy pościg maleńka **Chevy...-szepnąłem i odpaliłem Impalę.
Musiałem jechać za Cassandrą. Miałem dziwne przeczucie, że jest w niewyobrażalnym niebezpieczeństwie...






                                                                        ***





Moje serce biło jak szalone. Nie wiedziałam co czuję. Moje uczucia mieszały się ze sobą tak jakbym była... Zakochana? I w dodatku jak Dean mnie pocałował, poczułam motyle latające po moim brzuchu. To było coś niezwykłego. Nigdy nic takiego nie czułam. Ale nie mogłam kochać kogoś takiego jak on. Seksownego kłamcę i oszusta.
To było wbrew mojej moralności. Pędziłam na rowerze jak szalona... Pogrążona w myślach wariatka. W myślach, które mnie przygniatały. Czułam się tak jakbym była maskotką swojej wyobraźni. Ciągle przed oczami stawał mi on... Zielonooki mężczyzna.
Mimo wszystko wyrwałam się z myśli. Zwolniłam dopiero widząc mój dom. Wjechałam na trawnik. Zeskoczyłam z roweru i wprowadziłam go do garażu.
Wbiegłam do domu i zamknęłam za sobą drzwi wejściowe. Oparłam się o nie i powoli zjechałam po nich na panele. Zdjęłam szybko buty, wstałam i wbiegłam po schodach. Wpadłam do swojego pokoju jak istny huragan. Od razu wyjęłam z komody czarne szorty, czerwoną bokserkę i wpadłam do swojej, że tak powiem, prywatnej łazienki. Zamknęłam drzwi i rozebrałam się do naga. Weszłam pod prysznic. Włączyłam natrysk. Leciała z niego lodowata woda. Zaczęłam panicznie przekręcać kurkiem.
Temperatura wody coraz bardziej się zmniejszała mimo,że  nastawiłam na gorącą.
Co do cholery...-pomyślałam i całkowicie wyłączyłam natrysk. Nic się nie stało. Woda wciąż płynęła.
Zaczęłam szarpać za pokrętło. Nagle poczułam jak coś ciepłego płynie po moich plecach.
Dotknęłam pleców ręką.
To coś było lepkie i ciepłe. Za lepkie i gęste na wodę...
Popatrzyłam w górę. To co płynęło z natrysku przeraziło mnie jak nigdy, nic... Czerwona ciecz... Ciecz której wprost nienawidziłam.
Wrzasnęłam ile sił w płucach.
Krew była wszędzie... Dosłownie wszędzie. Na całych płytkach i suficie. Tryskała z natrysku. Byłam przerażona. Zaczęłam tłuc się w szklane drzwiczki. Próbowałam je otworzyć. Ktoś je zabarykadował od zewnątrz. Byłam coraz bardziej przerażona.
-Pomocy!-wrzasnęłam z całej siły.
Wiedziałam, że na nic się to nie zda... Lecz mimo to się nie poddawałam.
Ciągle krzyczałam z nadzieją, że ktoś mnie usłyszy.
Nagle poczułam jak coś chwyta mnie za ramiona i mocno przyciska moje nagie ciało do drzwiczek.
-Nie, proszę.-szepnęłam.
Po chwili poczułam przeszywający ból w skroni. Upadłam do brodzika, a krew która się tam zebrała zamortyzowała mój upadek. Nic więcej nie pamiętałam.





                                                                       ***





-No nieźle braciszku... Teraz zostaje ci tylko przespać się z tą... Jak ma na imię?
-Ruby Simon.
-Wow, widzę, że poznałeś nawet nazwisko.
-Lubię wiedzieć z kim się spotykam, wiesz Dean?-zapytał Sammy ironicznie.
-Ja też. Na przykład ostatnio poznałem taką jedną... Ymmm...-powiedziałem i zacząłem drapać się po skroni.
Nie potrafiłem zapamiętać imienia jednej laski z którą całowałem się na zapleczu baru.
-Lucy.-odpowiedział Sam.
-Właśnie.
-Boże... Czemu on musi być moim bratem?-zapytał retorycznie Sammy.
-Mów mi Dean, Sam.
-To nie było do ciebie, stary.
-Kto wie...? Może kiedyś jeszcze mnie tak nazwiesz. Bo widzisz ja jestem tak boski, że...
-No chyba nie. To, że różni nas wiara to nie znaczy, że będę cię uważał za boga. Nie jestem jedną z tych lasek mówiących na twój widok "Co za Bóg...".
-Przecież jestem chrześcijaninem! Po prostu nie mam czasu na to całe chodzenie do kościoła... A w ogóle obawiam się, że mnie by nawet nie wpuścili. Z tą całą demoniczną krwią na rękach. A co do tych lasek to trochę przesądzają...
-Tak, bo księża wiedzą czym się zajmujemy.
-Księża nie, ale Bóg tak.O ile w ogóle istnieje...-powiedziałem i popatrzyłem w stronę jednego z okien w domu Cassie.
Zobaczyłem w nim ciemną postać, uśmiechającą się szyderczo. To niewątpliwie był jakiś demon. Jego czarne oczy znacznie wyróżniały się na tle mlecznobiałej skóry.
-Sammy, muszę kończyć. Mam robotę do wykonania.-rzuciłem bratu na pożegnanie i się rozłączyłem. Włożyłem telefon do kieszeni i nagle usłyszałem krzyk Cassie dochodzący z wnętrza domu. Wypadłem z mojej Impali i szybko podbiegłem do bagażnika. Wyjąłem z niego dwukilogramowy worek z solą, księgę z egzorcyzmami, rewolwer i colta.
Sprawdziłem czy nadal są w nim te cztery kule.
Wszystko było w porządku.
Zamknąłem auto i zacząłem biec w stronę domu Cassie.
Przypuszczałem, że drzwi wejściowe były zamknięte.
Nawet tego nie sprawdzając, wywarzyłem je silnym kopniakiem.
Wypadły z zawiasów. Przebiegłem po nich. Wbiegłem po schodach.  Wszedłem do pokoju z napisem "Królestwo Cassandry".
Zastałem tam totalny bałagan.
Tak jakby ktoś czegoś pilnie szukał.
Przed wejściem zacząłem rozsypywać sól. Podszedłem do okna i popatrzyłem na nie. Było otwarte. Zacząłem wysypywać sól na parapecie lecz nagle worek z solą wypadł mi z rąk, lądując na trawniku.
-Co za sukinsyn!-warknąłem wściekle.
 Westchnąłem i usłyszałem huk w łazience. Zacząłem szarpać za klamkę. Drzwi były zamknięte.
Zamknąłem oczy. Rozpędziłem się i z całej siły uderzyłem w drzwi lewym barkiem.
Wpadłem do łazienki.
To co zobaczyłem przeraziło mnie totalnie.
Naga Cassie, cała we krwi. Wszędzie pełno szkła, otwarte okno.
Podszedłem do dziewczyny. Na jej czole widać było ślad uderzenia w szkło. Miała w tym miejscu zadrapanie i małego guza. Z rany płynęła krew. Podwinąłem rękawy kurtki i ją podniosłem. Owinąłem dziewczynę pierwszym lepszym ręcznikiem. Jej głowa zwisała bezwładnie w dół. Przycisnąłem ją do siebie i wyszedłem z feralnej łazienki. Położyłem Cassie na łóżku.
Nie przejmowałem się tym, że całe zabrudzi swoim ciałem pokrytym krwią.
Kto by się przejmował takimi głupotami, w takiej sytuacji?!
Popatrzyłem na nią. Była nieprzytomna. Pochyliłem się nad nią i pogłaskałem ją po policzku.
-Wszystko będzie dobrze, Cass. Obiecuję...-szepnąłem i ją pocałowałem w policzek.
Po prostu nie mogłem się powstrzymać...
Wszedłem spowrotem do łazienki. Podszedłem do okna. Od razu rzucił mi się w oczy proszek na parapecie.
-Siarka...Mam cię...-szepnąłem i się smutno uśmiechnąłem...
Przymrużyłem oczy i wyszedłem z łazienki.
Popatrzyłem na Cassie. Teraz śmiało mogłem nazwać siebie zbawicielem...

________________________________________________________________________
*Colt-Taka broń którą można zabić każdego wampira, wilkołaka czy demona. Z Serialu Supernatural.

**Chevy- Pieszczotliwa nazwa Chevroleta Impali 67 xDD
A nasza Chevy wygląda tak:
________________________________________________________________________
Nie wiem jak dla was ale dla mnie... ten rozdział jest boski! Końcówka słodka :33 Jak wasze wrażenia? :33
Sprawdziłam go pięć razy, pisałam specjalnie bez tych wkurzających szeptów xDD Jest tam chyba tylko dwa razy słowo "szeptać" więc uwaga, uwaga! Będę się pilnować xDD
Dzięki wam (~Tessa i Caroline Mikaelson) w końcu zwróciłam na to uwagę xDD
No jak dla mnie najlepszy rozdział ^__^ Gify *__* Ach te gify <33 :33 xDD
I w najbliższym czasie rozdziały będą takie coraz częściej xD tajemnicze i wgl xDD
Łaaa xDD mam coraz większą wenę xD
Zaczynam pisać już 5 rozdział, a moje plany sięgają już 10 xDD no jeśli to tak rozplanuję xD
Sporo myślę nad tym opowiadaniem więc rozumiecie :33
No to zostaje mi tylko prośba o komentarze i opinię :33
Pozdrawiam i bądźcie cierpliwi, a wkrótce pojawi się nowiusieńki rozdział pełen wrażeń xD
Teraz te rozdziały będą już dłuższe :33
Pamiętajcie o tym by każdy kto przeczyta, zostawił komentarz :33
Baju :**

wtorek, 24 września 2013

Rozdział 2 - Pogrzeb

Po około godzinie spaceru dotarłam do domu.
Od razu zdjęłam buty. Usiadłam na kanapie w salonie i zaczęłam przeglądać papiery, które znalazł tajemniczy mężczyzna.
"Johnathan Howe i Jennifer Howe-Simon zmarli na skutek ciężkich oparzeń. Znaleziono ich w lesie nieopodal." 
Przeczytałam całe akta. Zajęło mi to około 15 minut. Żadnej wzmianki o pożarze. Ani słowa. Oparłam się o poduszkę i rzuciłam papiery na stolik do kawy. W moich oczach od razu pojawiły się łzy. Szybko je otarłam i zaczęłam wmawiać sobie, że wszystko jest dobrze. To było chyba największe kłamstwo w moim życiu. Nic nie było dobrze... Moi rodzice umarli w moje osiemnaste urodziny. Czułam, że to była tylko i wyłącznie moja wina. W końcu to przeze mnie wyjechali z miasta by kupić mi jakiś głupi prezent! Gdy miałam już myśleć o poddaniu się przypomniałam sobie coś co stało się kiedyś Kevin'owi. Koledzy namawiali go do ćpania i w końcu się poddał. Później było tylko gorzej. Nie wracał na noce do domu. Rodzice chodzili przygnębieni bardziej niż wtedy gdy wycinali mi wyrostek... Lecz nagle pewnego dnia to wszystko ustało. Kevin powiedział, że już z tym skończył... Wszyscy mu uwierzyli. Ale... Na samą myśl o tym, że znów z tęsknoty i rozpaczy za rodzicami, mógłby zacząć ćpać, ogarniały mnie dreszcze. Zaczęłam się trząść. Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi.
-Cassie, to prawda?-zapytał Kevin.
Na jego policzkach były wyraźne ślady łez.
-O co ci chodzi, Kev?-zapytałam udając, że nie wiem o co chodzi mojemu młodszemu bratu.
-Nie kłam, Cass. Wiem o tym, że rodzice nie żyją. Wiem wszystko.-szepnął i usiadł obok mnie.
Przytuliłam go i zaczęłam głaskać go po głowie.
-Co teraz zrobimy?-zapytał przez łzy.
-Nie wiem. Prawdopodobnie babcia się tobą zajmie. Ja wynajmę jakieś mieszkanie, może dostanę stypendium... Kto wie?
-Kocham cię, Cassie. Zawsze będę cię kochać, siostro.-powiedział Kevin i mocno mnie przytulił.
-Też cię kocham, Kev...-szepnęłam i odwzajemniłam braterski uścisk.
Po moim policzku spłynęła samotna łza...
                                                                   


                                                                      ***



-Jasna Cholera!-krzyknąłem.-Co za Motel!

-Co jest Dean?-zapytał Sam wchodzący do łazienki.
-Chciałem załatwić swoje potrzeby ale nie... Kibel jest oczywiście zatkany.-szepnąłem wściekły.
-Myślę, że mamy poważniejsze problemy od zatkanego kibla... Spójrz na to. Za każdym razem nie było żadnego pożaru.-powiedział Sam pokazując mi coś w papierach które wziąłem z archiwum.
-Ale jakoś spłonąć musieli...-szepnąłem wchodząc do pokoju z papierami w rękach.
Sam miał rację. Żadnej wzmianki o jakimkolwiek pożarze.
-A najciekawsze jest to, że wszystko dzieje się tylko w tym lesie. Nigdzie o tym nie czytałem.
-A w dzienniku?-zapytałem patrząc na Sama.
-Nic.-odpowiedział mój młodszy brat.
-Myślisz, że to COŚ zatrzymuje samochody, wabi ludzi do lasu i podpala żywcem?-zapytałem i skrzywiłem się na samą myśl o podpalaniu ludzi.
-Najwidoczniej. Mam wrażenie, że to ten sam demon, który zabił naszych rodziców...
Popatrzyłem na Sama. Zawsze to on był mózgiem w naszym teamie. Ja byłem raczej od dostarczania informacji o ofiarach... No i byłem przystojny. Łatwo było wyciągnąć od kogoś numer. I dobrze kłamałem... Co nie było zbyt dobrą stroną Sama.
-To jest chore. Niektóre demony przerażają nawet mnie...-szepnąłem wpatrując się w nazwiska zapisane przez brata na kartce papieru.
-Nie tylko ciebie, Dean. Nie tylko ciebie, bracie.-powiedział Sammy i poklepał mnie po ramieniu. Usiadłem przy małym biurku i zacząłem szperać w papierach głębiej niż kiedykolwiek w jakichkolwiek. Za wszelką cenę chciałem dowiedzieć się co to za cholerstwo...



                                                                      ***



-Wszystko jest dobrze, babciu. Nie, już nie potrzebuję twojej pomocy.
Babciu. Nie płacz. Mama nie chciałaby byś płakała. Ja? Już zbieram się by jechać z wujkiem na cmentarz. Pa babciu. Też cię kocham.-szepnęłam do telefonu.
Moja rozmowa z babcią trwała dokładnie 43 minuty 16 sekund. Mówiłyśmy o wszystkim i o niczym. Ostatnia osoba poza wujkiem i Kevinem z którą miałam tak dobry kontakt jak z mamą czy tatą.
Babcia i wujek przygotowali godny moich rodziców pogrzeb.
Miało być skromnie... Znając życie będzie płakać całe nabożeństwo. Zawsze tak miałam. Płakałam nawet gdy mój chomik zdechł... Co dopiero na pogrzebie moich rodziców.
Podeszłam do lustra. Miałam na sobie gładką czarną sukienkę z kołnierzykiem,czarne jak heban szpilki i czarną kokardę we włosach. Swoje blond loki upięłam w wysokiego koka.
Uśmiechnęłam się smutno do swojego lustrzanego odbicia.
Dzisiaj wielki dzień. Muszę pożegnać rodziców. Nie mogę dać plamy... Nie mogę dowieść, że nie jestem ich małą, nieśmiałą Cassandrą. Muszę pokazać, że się zmieniłam...-pomyślałam i włożyłam akty zgonów do torebki wraz z pudrem i tuszem do rzęs.
Bałam się tych wszystkich kondolencji z powodu śmierci rodziców... Nie chciałam słuchać tych wszystkich ludzi mówiących jak im przykro, jak bardzo chcieliby by oni żyli... Pewnie połowa tych osób będzie mówiła jacy to oni byli odpowiedzialni, opiekuńczy i dobrzy... Ale tylko ja i Kevin znaliśmy prawdę. Mama często miała humory, a tata był okropnym pracoholikiem...
Lecz mimo wszystko ich kochaliśmy... I nadal kochamy.
Może nie powinnam tak myśleć, bo nie wiem co teraz czuje Kev ale wiem jedno... Obydwoje poświęcilibyśmy dla rodziców wszystko. Nawet gdybyśmy mieli umrzeć.
Westchnęłam i wyszłam z pokoju. Bez wahania zeszłam po schodach lekko chwiejnym krokiem. Moje nogi trzęsły się jak nigdy. Ogólnie cała się trzęsłam. Wzięłam głęboki oddech i wstrzymując powietrze w płucach, zeszłam na dół.
W drzwiach wejściowych stał mój wujek George, brat mamy.
-Wszystko dobrze, Cassandro?-zapytał patrząc na mnie swoimi piwnymi oczami.
-Tak tylko... Nie wiem jak to jest... Umrzeć, opuścić rodzinę, przyjaciół, pracę...
-Oni ciągle przy was są. Nie widzicie ich ale oni ciągle nad wami czuwają. I nigdy nie przestaną.
-Wiem, wu...-George popatrzył na mnie karcącym wzrokiem.
Jakiś rok temu poprosił mnie bym nie nazywała go wujkiem, bo czuł się wtedy staro.-Wiem, George.
-Wsiadaj.-powiedział i skierował się w stronę swojej Toyoty Yaris.
Zamknęłam dom na klucz pozbywając się tłoczących się w środku emocji i wspomnień tak ciężkich by się ich pozbyć... Tak ciężkich by je zapomnieć...
Oczyściłam swój umysł ze wszystkich myśli. Skierowałam się w stronę nowego samochodu George'a.
                                                                   


                                                                      ***



Stałem oparty o mojego boskiego Chevroleta Impalę 67.
Ręce miałem założone na piersiach. Z mojej twarzy nie spływał grobowy wyraz. Czekałem już dwie godziny przed cmentarzem. I to wszystko dla jednej osiemnastolatki, która miała papiery potrzebne do śledztwa. W dodatku ślicznej osiemnastolatki, ale to już był mały szczegół.
Powoli traciłem cierpliwość. W końcu odszedłem od mojego wozu. Skierowałem się w stronę bramy prowadzącej na cmentarz.
Popatrzyłem przed siebie. Ujrzałem Cassie idącą w moją stronę. Miała smutny wyraz twarzy, lecz wiedziałem, że była dzielna... Wszedłem na cmentarz i od razu potknąłem się o krawężnik.
-Pomóc ci?-zapytała piękna blondynka.
Podparłem się ręką i powoli się podniosłem.
-Rozumiem, że nie potrzebowałeś Jared...-szepnęła i popatrzyła na mnie swoimi szczerymi oczami.
-Jak widać. Gdzie masz papiery?-zapytałem.
Nie chciałem by Cassie domyśliła się, że ukrywam swoją tożsamość.
-O... No tak. Już ci je daję.-powiedziała i wyjęła z torebki akta.-Proszę.
-Dzięki.-szepnąłem z uśmiechem na ustach.
-Powiesz mi dlaczego tak bardzo ci zależy na sprawie moich rodziców? -zapytała po chwili.
-To moja robota.
-Myślałam, że agenci FBI nie zajmują się byle pożarami...
-Tylko, że to wcale nie był pożar. Tylko twoi rodzice spłonęli. Nic więcej. Czy ostatnio widziałaś coś dziwnego w ich zachowaniu?-zapytałem patrząc głęboko w jej zielono-niebieskie oczy.
-Po co to wiedzieć agentowi FBI?
-Po to by ustalić czy sami się nie zabili.-skłamałem.
-Sugerujesz, że popełnili samobójstwo?-zapytała dziewczyna.
-Nie... Tak... Cassie, nie zrozumiesz jeśli ci powiem. Do zobaczenia.-powiedziałem i odszedłem od blondynki.
Kamień spadł z mojego serca. Nie musiałem już kłamać prosto w jej twarz.
Wsiadłem do Impali mocno ściskając papiery i odjechałem w ciszy do motelu w którym zatrzymaliśmy się z Samem.



                                                                    ***




Stałam przy wejściu na cmentarz. Wiedziałam, że coś jest nie tak jak powinno... I skąd ten cały Jared znał moje imię. Byłam pewna, że ukrywa jakąś straszną lub niebezpieczną tajemnicę. Nienawidziłam gdy ludzie coś ukrywali. Szczególnie przystojniaki takie jak on.
Przystojni kłamcy są najgorsi... I najbardziej pożądani. On właśnie taki był. Seksowny, przystojny i tajemniczy. Mógł być nawet kryminalistą. Kto wie kim tak na prawdę jest? Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć prawdy... Czułam, że muszę się dowiedzieć tego dlaczego tak bardzo interesuje się moją rodziną. W dodatku wyglądał na 22-24 lat więc kategorycznie nie mógł być agentem FBI. Wiem to, bo George pracował w policji, a ostatnio awansował na stanowisko agenta FBI. Nie tyle awansował, raczej dostał propozycje nowej, lepszej pracy. Miał 30 lat. Był dosyć młodym wujkiem. Ostatnio w albumie widziałam zdjęcie jego jako dwunastolatka trzymającego mnie na rękach.
Nagle wyrwałam się z namysłu.
Odwróciłam się i ujrzałam wujka uśmiechającego się od ucha do ucha.
Ten uśmiech nie był na miejscu zważając na to, że przed dziesięcioma minutami płakał jak niemowlę.
-George?-zapytałam.
-Tak, Cass?
-Czy masz dostęp do bazy danych FBI?-spytałam.
Zaskoczyło go to pytanie.
-Tak, ale podawanie jakichkolwiek informacji jest nielegalne.
-Proszę. Chcę tylko wiedzieć czy pracuje tam Jared Davis. Nic więcej.
-Po co chcesz wiedzieć takie rzeczy? Cassie. Nie będę dla ciebie robił rzeczy niemożliwych!
-Wujku, proszę. Muszę to wiedzieć.
-Dobrze. Bylebyś nie truła mi już więcej dupy.
Zdziwiłam się jego zachowaniem. Zawsze był spokojny, opanowany i miły, a teraz?
-George?
-Przepraszam. Po prostu Jenn umarła i... nie potrafię żyć z tą myślą, że moja siostra nie żyje.
-Sam mówiłeś, że wciąż z nami tutaj jest.
-Wiem co mówiłem, Cassie. Przepraszam. Sprawdzę bazy danych i zadzwonię.
-Dzięki, wujku.
-Ile razy mam ci mówić, że jestem George?
-Dużo, wujku...-szepnęłam i popatrzyłam w jego oczy.
Zauważyłam w nich dziwny błysk i nagle jego gałki oczne ogarnęła czerń. Zamknęłam oczy i gdy je otworzyłam ujrzałam znowu piwny kolor oczu wuja.
Moja wyobraźnia coraz częściej szwankowała...
_______________________________________________________________
:33 Awwww ^_^ W końcu dodałam nn :DD
Ale mnie wena dopadła... nie ma co xD
Mam tak dużo pomysłów, że normalnie masakra xD
Jeszcze nigdy pomysły nie zbierały się tak w mojej głowie jak ostatnio :33
Może to dlatego, że coraz więcej wiem o zjawiskach paranormalnych? Kto wie xDD
No ale to chyba tyle ode mnie :DD
Oczywiście komentujcie :D
Mi osobiście rozdział się niesamowicie podoba ;D
I ta końcówka... :33 Ciekawi was czy Cassie sobie to tylko wyobraziła?  :DD Jeśli tak to śledźcie dalej moje opowiadanie, a na pewno się dowiecie ;33
A no i George'owi użyczy wizerunku Robert Pattinson xDD
Następny rozdział pojawi się... No nie wiem xDD prawdopodobnie za tydzień, bo postanowiłam, że wezmę się do nauki, bo ostatnio coś słabo mi to idzie. Jadę na samych trójach i dwójach z matmy :O
Jeszcze nigdy tak nie było... A to dopiero druga klasa...

No to komentujcie i bądźcie cierpliwi :33
I niech los zawsze wam sprzyja! (Takie tam z Igrzysk Śmierci xDD <3)